CEL: ukończyć zawody

openwaterplywak.jpg

Podczas okresu wakacyjnego część mastersów, a coraz częściej także młodzi pływacy, startująmaratonach pływackich o różnej długości, od 1500 metrów do kilkudziesięciu kilometrów. Dla ambitnych celem jest miejsce, dla mniej wytrenowanych- czas. A dla mnie, autora-amatora? Ukończenie wyścigu, co wcale nie było takie pewne... Zapraszamy do lektury oraz czekamy na Wasze historie...

 

SPONTANICZNA DECYZJA

Plan samego startu zaistniał w głowach 2 amatorów na początku Lipca, podczas słonecznego wieczoru na plaży w Orzyszu. „Daliśmy radę 3, to nie damy 15?!”- padały argumenty. Podjęli decyzję- startujemy. Mijał dzień za dniem, a niestety fiaskiem zakończyły się badania amerykańskich doktorów odnośnie pigułki, która zastępowałaby wielogodzinny trening, legła więc ostatnia deska ratunku… Szybciej niż myśleli, nadszedł TEN dzień, który tej dwójce pozostanie na długo w pamięci… Kiedy rano jechali do odległego o 110km od miejsca ich noclegu Neuruppin, planowali ambitnie wieczór, prześcigając się w coraz to odważniejszych propozycjach, nie czując respektu przed dystansem, którego wielu nie pokonałaby rowerem, do czasu…

 

MIŁY POCZĄTEK

Pierwsze, co rzuciło się śmiałkom po dojechaniu na miejsce ich wymarzonego miejsca spędzenia ładnego, sobotniego dnia była mapka całego jeziora z wyznaczoną wzdłuż całego akwenu, z dodatkowymi nawrotami (długość jeziora to „zaledwie” 14km) trasa zmagań. Wtedy to Michał głośno przypomniał słowa Macieja z dnia wyjazdu na maraton- „te jezioro na GPSie jest straaasznie długie, mam nadzieję, że my płyniemy tylko wszerz!”, na co obydwoje zareagowali śmiechem do łez- dopiero wtedy po raz pierwszy dotarło do nich czego się podjęli. Kiedy wszyscy „pozytywnie zakręceni” pojawili się na miejscu odprawy, organizator łamanym angielskim poprosił o przejście do wyznaczonych busów, na co Michał od razu przeszedł do znajomego modelu TRANSPORTERA- był to pierwszy z wielu błędów, które miał popełnić tego feralnego dnia- Maciej od tego czasu nie przestanie mu wypominać, iż opuściła go możliwość przejechania się niemiecką karetką na sygnale na czele konwoju, który odwoził zawodników na miejsce startu. Podczas samej podróży zdążyli przelecieć wszystkie znane im dowcipy o rudych, blondynkach czy przygodach Jasia, najeść się żeli energetycznych ( tu Maciej ostentacyjnie wykrzywiał się na myśl o każdej następnej porcji), dopiero wtedy zaczęli czuć presję wynikającą z przecenienia swoich możliwości. Jak wiadomo, przy zwiększonym poziomie adrenaliny czas mija szybciej, więc po chwili byli już w wodzie czekając na znak startera…. RUSZYLI!


PIERWSZE KILOMETRY

Michał od startu utrzymywał się na 3 pozycji, niesiony hormonami zdecydował na szybko, iż pierwszy pit-stop robi na pierwszym nawrocie, co okazało się tragiczne w skutkach- oglądając na szybko mapkę zapamiętał wszystko… do góry nogami! Tak więc, kiedy tylko się zorientował że ma za sobą już 5km, podjął natychmiastową decyzję- jeść! Niestety 45-sekundowa przerwa oraz brak ‘węgli’ spowodowały pierwsze bóle u wybrednego co do jedzenia na tym etapie Michała. Po pokonaniu pierwszego kryzysu płynął już na 4 pozycji, lecz najgorsze miało dopiero nadejść- przy doczekanej nawrotce, jak się później okazało, znajdowała się ona na 10km, czuje nadchodzący skurcz w prawej łydce, w wyniku tego podejmuje natychmiastową decyzję- jemy co mamy! Tutaj jadł już to, co znalazł, nie patrząc na smak… były to ostatnie chwile radości z dystansu.

 

OSTATNIE 5 KILOMETRÓW

Po rozmowie z sędzią poznał liczbę-wyrok: do mety zostało jeszcze 5km! Wtedy pojawiła się po raz pierwszy najgorsza możliwa myśli u sportowca- nie dam rady, ręka do góry i skończą się moje męki- czyt. Poddam się. Tu na szczęście przychodzi z pomocą AMBICJA- przecież mam już 2/3 dystansu, nie po to jechałem taki kawał drogi żeby teraz się poddać!, MOTYWACJA- widok Macieja widzącego mój powrót na łodzi oraz jego docinki przez następny rok, w końcu to ja rzuciłem jako pierwszy propozycję tego ekstremalnego startu- pomyślał oraz instynkt przetrwania- najbliższej łódki ratowniczej nie widać, zanim dopłyną strasznie się oziębię, więc i tak muszę się ruszać. To wszystko wpłynęło na to, iż po niespełna 10 sekundach, Michał próbował powoli rozruszać obolałe mięśnie- żabką! Kiedy mogłoby się wydawać, że wszystko wróciło do normy ( o ile tak można nazwać zaciskanie zębów przy każdym kolejnym ruchu ramion) przytrafia się coś, co jest zmorą każdego pływaka na wodach otwartych- zmiana trasy, i tak, kiedy jest blisko kolejnej bojki, zauważa sędziów płynących koło niego, wtedy dowiaduje się, że opuścił bojkę po przekątnej, i jeśli do niej nie wróci, jego próba zostanie unieważniona. W takich momentach psychika siada największym twardzielom, tak stało się i w tym przypadku, gdyby w tym momencie była tylko łódź ratowników… zaciska zęby, płynie dalej, w oddali widzi już zarysy namiotów, które zapamiętał z miejsca odprawy, tylko to dawało mu siły, by walczyć z własnym ciałem. Na tym etapie rywalizacji, najlepszą rzeczą do jedzenia staje się dla niego- woda z jeziora! Ta diametralna zmiana w ciągu ostatnich godzin pokazuje, czego podjęła się ta dwójka. To doskonały moment, na naukę anatomii, czuję każdy mięsień ciała- pomyślał na dwie bojki przed finiszem.

 

KOŃCOWE METRY

Kiedy wykonał już ostatni nawrót, i brakowało mu zaledwie 500 metrów do mety, poczuł, że nic go już nie ruszy, i nie zważając na technikę, na to, że płynie strasznie koślawo chlapiąc na  boki, dopłynął na płyciznę! Właśnie wtedy zaczyna rozumieć do czego służy systematyczny trening, mogłoby to zupełnie inaczej wyglądać, pewnie kończyłby delfinem a nie pół kraulem, pół wężem. Próbuje wstać, chwiejnym krokiem niczym po dobrej imprezie czeka go ostatni etap wyścigu- odbicie kluczyka, słyszy spikera- Michael Guba 4;57.. Plan wykonany, jego celem było właśnie połamać 5 godzin, co oznaczałoby, iż jego średnie tempo wyniosło 3 km/h .. mało, ale dla niego było to coś wielkiego.

 

POWYŚCIGOWE REFLEKSJE

Nawet to, iż na ostatnich 5 km wyprzedziło go kolejnych dwóch zawodników nic dzisiaj dla niego nie znaczyło… od teraz wie, że może wszystko, dzięki temu zaczął wierzyć w siebie. Po skończonym wyścigu zaczynają rozmawiać z Maciejem- NIGDY WIĘCEJ!, lecz już po kilku dniach w rozmowie pojawia się nowy cel na przyszły rok- 26km, przy wcześniejszym treningu jest to w ich zasięgu, ta dwójka amatorów zrozumiała, że człowiek może wszystko jeśli naprawdę tego chce..a w samochodzie podczas powrotu dało się usłyszeć „ Michał, te żelki co mi dałeś, to była najlepsza słodycz od urodzenia!” – co ta woda może zrobić z ludźmi… :)

PODSUMOWANIE

Ostatecznie Maciej w swoim debiucie na tak morderczym dystansie wygrał z doskonałym wynikiem 3,45,50 , Michał zajął 5 pozycję z czasem 4,57,52.

Michał- Michał Guba, urodzony w 1993 roku autor tekstu.

Maciej- Maciej Rudziński, rok starszy od Michała, student Warszawskiej Politechniki a w wakacje pływak-amator.

 


Przy okazji przypominamy o upływającym dzisiaj terminie wysyłania zgłoszeń do zbliżających się wielkimi krokami pierwszych Mistrzostw Polski openwater Poznań- Malta 24.08.2013



Inne Newsy

Dodaj komentarz
Usuń odpowiedź


Komentarze

Jacek 17 sierpnia 2013 09:44 #1 reply
23.06 Sława - 10 km (było ok 9600 - 9700) to dopiero drugie zawody na tym dystansie w Sławie. Jezioro długie ale ..trochę brakuje do 10. Trasa jedna wyspa lewym ramieniem, druga prawym, na drugą stronę jeziora, powrót i do mety, słońce, deszczyk, chmury. 18 śmiałków i WSZYSCY ukończyli w dobrych humorach. Przygotowując się do startu podpatrywałem najlepszych na świecie zwłaszcza jak odbierają odzywki, picie i jak technicznie to robią. Oczywiście załozyłem że zrobię tak samo jak oni - jedne ruch odbiór drugi ruch picie lub jedzenie (nad wodą) ale zycie jest brutalne - jadłem i piłem pod wodą więc w sumie nie wiem czego było więcej odzywek czy roślin jeziorowych, izotoników czy wody jeziorowej. No cóż trening to podstawa również w tym zakresie.
Grzesiek 18 sierpnia 2013 23:32 #2 reply
gratulacje Michał :) teraz kazdy start na dystansie poznizej 15km będzie Ci się wydawał spacerkiem